foto.archiwum Ikoon

 

 

Autor projektu „[in]tension” – Łukasz Gronowski deklaruje, że pokazane na wystawie prace tworzą kolekcję. Kolekcję, która powstaje już od jakiegoś czasu. A najlepsze kolekcje mają wyraziste kryteria. Jednocześnie artysta uprzedza wszystkie próby ustanowienia klucza – pisze: „jest to najmniej analityczna, a najbardziej intuicyjna ze wszystkich prac prezentowanych przeze mnie w ostatnim czasie". W takim razie wszystko zależy od indywidualnego tropienia znaczeń. I ja rozpoczynam poszukiwanie klucza po swojemu – zawierzając swej własnej intuicji.

Klucz pierwszy

W serii prac „[in]tension” pojawia się bardzo charakterystyczna dla autora postawa artystyczna łącząca w sobie wrażliwość społeczną z pewnym dobrotliwym dystansem wobec zanotowanych w społeczeństwie śmiesznostek, wad, wynaturzeń. Gronowski nie sprowadza do wspólnego mianownika (czego?), nie jest zwolennikiem łatwych podsumowań, których niektórzy tak chętnie oczekują. Artysta jest uważny: notuje i obserwuje - ale nie potępia, nie stawia pod pręgierzem. Utrwala w pamięci nasze drobne rytuały i reakcje. Prowokuje je czasem,co wytrąca nas z naszych doskonale wyuczonych ról i wzorców zachowań. Do tego rozmaite „proste historie" realizowane są lekko, zabawnie - jak pojawiająca się i uciekająca z pola widzenia obręcz karuzeli w pracy wideo „Backstage”. Autor do perfekcji opanował umiejętność dostrzegania abstrakcji w zwyczajnych zjawiskach.
Ten klucz pasuje do większości prac Łukasza Gronowskiego, ale… chyba nie do tej. Choć tu nadal człowiek jest w centrum zainteresowania (mimo, że często nie ma go w kadrze), to zmienia się wektor obserwacji. To nie obserwowanie rytuału nas przyciąga w tych pracach. Raczej wytrącenie z rytuału lub rytuał prywatny, jednorazowy i niepowtarzalny - np. w pracy „Ćwiczenie”. Ludzie często stają na brzegu morza i zatapiają się w qasi-medytacji, ponieważ wydaje im się, że obcują z figurą absolutu. W głowie mamy tysiące kalek z innych przedstawień. Ta sytuacja rodzi wiele skojarzeń. Ale w żadnym z nich nie występuje podtatusiały pan w opadających spodenkach, wykonujący najprostsze z możliwych ćwiczeń - maniakalnie, do zatracenia się, bez końca.
Przedstawione sytuacje nie przystają do codziennego doświadczenia. Przeczą mu. Dziwią. Uderzają w stereotypy i rytuały.

Klucz drugi

Jeśli zaś pracami z cyklu „[in]tension” rządzi jakieś prawo (irracjonalne, lecz twarde), to może mamy do czynienia z grą? Rzeczywistością gry. Ale nie takiej z komputera, tylko takiej gry-zabawy z elementarza jaka zwykle buduje w dzieciństwie nasze doświadczenia i naszą wyobraźnię?

„Okopowa” przenosi nas ze świata polityki w świat zabawy. Za sztafażem godnym zjazdu Głów Państw kryje się wesołe miasteczko. Skala patrzenia zmienia się i zmienia się ciężar gatunkowy obrazów. Pamiętajmy o tym. Bawmy się. Najbardziej oczywistym przykładem jest praca „Zero do zera” – symulacja walki. Odzwierciedla wręcz modelowo „grę dwuosobową o sumie zero", gdzie dla każdego wyboru strategii zysk jednego graczy oznacza stratę drugiego… nawet jeśli stawką jest tylko utrata energii… Pewnie każdy w dzieciństwie wyplątywał zarysy postaci czy rzeczy z bezładnej gmatwaniny kresek w dziecięcych czytankach – teraz te osoby nie będą miały kłopotu z odebraniem pracy „Kożyczkowo”... Mężczyzna na dachu („Man in the roof”) prowokuje mnie do przywołania innej dziecinnej zabawy. Kiedy spojrzymy na pingwina z odpowiedniej strony możemy zobaczyć żubra… Ja na fotografii autorstwa Gronowskiego widzę… mężczyznę na kapitańskim mostku, dumnie wpatrzonego w horyzont! W repertuarze gier mamy jeszcze wskazywanie elementów nie pasujących do obrazka. Zróbmy tak: z fotografii „Para na koniach” – usuńmy
tytułowych bohaterów. Otrzymamy wtedy obraz opuszczonego kurortu pełnego plastikowego, przaśnego designu. Idealny cel obiektywu polskiego lomografa. A jeśli usuniemy leżanki i parasole? Przywrócimy obraz pary jadącej na koniach po pustej plaży – obraz mający swoją kiczowatą pocztówkową ikonografię, tradycję, bagaż skojarzeń… Ten nadmiar jest chwilowy. Jest
tylko wybrykiem artysty. Para bowiem zaraz opuści kadr. Stępa. Nic nie jest oczywiste w świecie, który trzeba dopiero zdefiniować. To co dla dorosłych staje się oczywiste i błahe,u dzieci często powoduje zdziwienie i strach.
Dziecięce igraszki w galerii to uroczy temat, a artyści chętnie po niego sięgają, ale… chyba jednak nie Gronowski. Nawet jeśli odwołanie do dziecięcej percepcji pomaga rozpoznać to odległe już poczucie zagubienia w świecie, który na swój sposób trzeba oswajać i rozpoznawać wciąż na nowo to jest to tylko wskazówka a nie już rozwiązanie w interpretacji tej pracy.

Klucz trzeci

Poddając się atmosferze prac zgromadzonych na wystawie „[in]tension” nie można oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z przywołaniem epoki romantyzmu lub jak kto woli: uczuciu, że trudno polskiemu artyście od niej uciec.
Praca „Belvedere” wprowadza nas w świat protestu przeciw dworskości i dworskiej sztuczności. Oto reprezentacyjne wnętrze, które jest jednocześnie odrażająco kiczowate. Jest też poprzez wszystkie ornamenty roślinne przerażającą namiastką natury. Jedyne co jest w tym miejscu naturalne to niechlujny bezwład pozostawiony na stole, lekko ukryty w draperiach obrusu. Któż to - czyżby nasi władcy opuścili przed chwilą to miejsce? Zachowywali się przy stole znośnie czy jak towarzysze z folwarku zwierzęcego? Pozornie neutralny, pusty obraz odstręcza jako emanacja architektury i reprezentacji władzy.
Gdzie jednak jest dziś opozycja wobec salonu? Czy jak w „Sunday walk”: nagłe mistyczne olśnienie, które przyjść może tylko na łonie natury czy „Stadion”– miejsce egzotyczne i turpistyczne jednocześnie? Czyż „Man in the roof” nie jest ucieleśnieniem romantycznego indywidualizmu? Czyż reszta prac nie neguje prostego odwzorowywania świata widzialnego dążąc do obnażenia ukrytych mechanizmów świata?
Z mgły w mgłę przepływa łódź podwójnego Charona, który zgubił nawet zmarłą duszyczkę i próby wyłowienia jej bosakiem zawodzą. Jak moja próba znalezienia związku tych prac z romantyzmem.

Bez klucza

Od początku recepcji prac z cyklu „[in]tension” towarzyszy mi wewnętrznie tekst zespołu Variete sprzed lat wielu:
(...)
to woda powierzchni
to tylko powierzchnia (…)
pod powierzchnią gra
cygańska muzyka
(…)
Tak naprawdę to patrzę na tę wystawę bez klucza i.... z nadmiarem kluczy. Wszystkie moje poszukiwania są uprawnione. Lecz zawodzą. Ponieważ ostrym i wyrazistym kryterium doboru tych prac jest… sprzeczność, niezgoda, niedopasowanie, zgrzyt.

„[in]tension” rejestruje stan przelotnego uginania się powierzchni w powierzchniowym napięciu. Pewien rodzaj zmian zachodzi nieuchwytnie. Skutki będą widoczne za jakiś czas. Staliśmy się, mówiąc za Baudrillardem, milczącą większością, bezkształtną masą pomnażającą i zarazem dekonstruującą się jednocześnie przez media. Poddawani jesteśmy presji rytuału i powtórzenia.
Społeczeństwo aktywuje się już tylko wyznaczając miejsca oporu – dla aktywistów oraz miejsca opieki – dla jednostek aspołecznych.
Zaś w pracach Gronowskiego ludzie, ich działania i wytwory nie należą do żadnej z tych kategorii. Nie należą do kategorii „obcych". Są to jednostki zwyczajne, ale oddające się nieprzydatnym, nieużytecznym i abstrakcyjnym czynnościom. Być może ten właśnie zgrzyt, ta zaskakująca i chwilowa odmienność od wzoru zachowań jest jedyną skuteczną strategią dawania odporu unifikacji lub wyrazem tytułowego „napięcia/oczekiwania"… Najcichszą rewolucją?

Tylko kamera, aparat fotograficzny czasem jest zdolny to uchwycić. W zalewie dostępnej technologii wszyscy rejestrują. Ale tylko amatorzy są na miejscu, gdy nadchodzi katastrofa. Albo szczęście. Taką atmosferę oddaje „[in]tension”. Formalnie prace oscylują na granicy amatorskich. Na granicy poprawności. Przypadkowej, lecz trafnej rejestracji symptomów.
Symptomów czego?
Poczekamy. Zobaczymy.

Monika Weychert Waluszko

Polonistka (UMK), kulturoznawczyni, menedżerka kultury (UAM), kuratorka sztuki (UJ) z wykształcenia; założycielka “Galerii Dla…” w Toruniu.